- Nic, nic... Urodziny Dudleya - jak mógł o tym zapomnieć! Zwlókł się z łóżka i zaczął szukać skarpetek. Znalazł je pod łóżkiem i zanim włożył, wyciągnął z jednej pająka. Harry był przyzwyczajony do pająków, bo w komórce pod schodami było ich pełno, a tam właśnie sypiał. Ubrał się i poszedł do kuchni. Stołu prawie nie było widać spod prezentów dla Dudleya. Wyglądało na to, że jest tam nowy komputer, który Dudley chciał dostać, a także telewizor i rower wyścigowy. Harry nie miał pojęcia, po co mu ten rower, bo Dudley był gruby i nie uprawiał żadnego sportu - chyba że za dyscyplinę sportową uzna się bicie słabszych. Jego ulubionym workiem treningowym był właśnie Harry, ale nieczęsto udawało mu się go złapać. Harry był bardzo szybki, choć wcale na to nie wyglądał. Być może miało to coś wspólnego z mieszkaniem w ciemnej komórce, bo Harry był bardzo mały i chudy jak na swój wiek. A sprawiał wrażenie jeszcze mniejszego i szczuplejszego niż w rzeczywistości, bo nosił wyłącznie stare ubrania po Dudleyu, który był prawie cztery razy od niego większy. Harry miał drobną buzię, kościste kolana, czarne włosy i jasne, zielone oczy. Nosił okrągłe okulary, zawsze poklejone celuloidową taśmą, bo od czasu do czasu Dudleyowi udawało się jednak trafić go w nos. Jedyną rzeczą, którą Harry lubił w swoim wyglądzie, była bardzo cienka blizna na czole, przypominająca zygzak błyskawicy. Miał ją od dawna i pamiętał, że kiedy był bardzo mały, zapytał ciotkę Petunię, skąd ją ma. .
Zła" lub „alternatywy dla Polski"? Nie wiem, czy w kraju znalazłoby się ich więcej, niż dziesięciu. (Należał do nich umierający Wincenty Witos, który współpracy z komunistami odmówił.) Nieporównanie liczniejsi podwieszali się, mniej lub bardziej świadomie, pod ten. . . - Cieszę się, że mogłem pomóc, Steve. Szukam innych domów do wynajęcia. Masz jakieś, które mogłyby mnie zainteresować? Jestem wolny w sobotę po południu.. Pełen r±k, nóg, twarzy okrwawionych, ust wyj±cych, oczów zaszłych bielmem. - Wojtek, niech już wyjeżdżaj± na kolej, daj ten fracht Antkowi, za pół godziny. - Że zmokniesz?.... - Pochw... - ledwo wydusił przez zęby ksiądz, pilnie śledząc każdy fragmencik przybysza. Obcy miał twarz spierzchniętą, na brodzie długie, rudawe kłaczki, nad zapadłymi wargami wisiał płaski, kaczy nos, podsmalony nikotyną. Oczy, tylko oczy garbuska były 66. - Zaraz - przerwałam kapitanowi, który coś mówił. - Chciałam najpierw wyjaśnić pewną rzecz. - Prosimy....
Partners
Kategorie
Losowe:
- i potrzeba kompensacji. Przykładów można dostarczyć mnóstwo. .
- się na wieczno¶ć cał± ukochanemu, a równocze¶nie pełnych dumy i poczucia własnej .
- Budda był Bogiem wcielonym, ty i ja jesteśmy Bogiem wcielonym. .
- doktryny. .
- - Miał, tylko nic nie mówił, ale skoro pan napisał o swoich kłopotach i o tym, .
- - Proszę mi wybaczyć, ale przyjmując, że moja przyszłość jest w pani rękach, odczuwam potrzebę uzyskania od pani uspokajających zapewnień. .
- Janek Rojewski powiedział: "No cóż, czterdzieści lat minęło jak z knuta .
- wiele i spogl±dał niecierpliwie na towarzystwo, bo pragn±ł pozostać sam z .
- - Nie, trzyma się za głowę - odparł rzeczowo Wiesio, który był już w naszym pokoju i widać postanowił sobie na wszelki wypadek trwać przy ścisłej prawdzie. Pan w cywilu zwrócił się znów do Witka: - Proszę spowodować powrót wszystkich na swoje miejsca. Chciałbym zobaczyć biuro w normalnym stanie. W normalnym stanie rzadko kto siedział na swoim miejscu, ale skoro on to sobie tak wyobrażał, to nie mieliśmy zamiaru wyprowadzać go z błędu. Poganiani przez Witka, który nagle zrobił się demonstracyjnie praworządny, ruszyliśmy ku drzwiom, podtrzymywani na duchu nadzieją, że jeśli coś ciekawego zdarzy się w innym pomieszczeniu, współpracownicy niewątpliwie nam to przekażą. Na razie nasz zespół był wygrany z. uwagi na usytuowanie Janusza. Posłusznie weszliśmy do siebie. Nikt z nas nie pamiętał o jednym skromnym drobiazgu. Nie dalej jak poprzedniego dnia opętany chandrą Leszek namalował monstrualnych rozmiarów obraz na wielkiej płycie pilśniowej. Cały dzień nic innego nie robił, tylko malował. Znaliśmy już jego nastroje i nawet Witek, widząc jego zajęcie, nic nie mówił, machnąwszy ręką z rezygnacją, bo wiedział, że i tak w tym stanie ducha żadnego pożytku by z niego nie było. Obraz, utrzymany w żywych kolorach, przedstawiał potworną mordę z wyszczerzonymi zębami, do której była doczepiona figura, mająca zapewne wyobrażać kobietę. W dole obrazu znajdowało się coś, co przypominało zmaltretowanego, klęczącego osobnika płci męskiej, z gębą zwyrodniałego kretyna, w którego głowę kobieta owa wbijała wielki gwóźdź. Jakby mało było tej makabry, po opuszczonej ręce kobiety zbiegały w dół, do klęczącego osobnika całe stada białych myszek. Straszliwe to dzieło stało oparte o ścianę na wprost naszych drzwi wejściowych. Pan w cywilu wszedł i zatrzymał się nagle, bowiem pierwszą rzeczą, na jaką padło jego oko, był właśnie ów obraz. Wbrew naszym nadziejom nie krzyknął i nie uciekł, przybladł tylko nieco i przez dobrą chwilę nie mógł wydobyć z siebie głosu. Wreszcie odetchnął głęboko, oderwał wzrok od wstrząsającej dekoracji, rozejrzał się po pokoju i dostrzegł Janusza. Obok Janusza, przede mną, znajdowało się puste miejsce nieobecnego Witolda, który siedział na desce. Brzmi to nieco dziwnie, ale jest faktem. Twierdził, że ma jakiś szczególny gatunek reumatyzmu, który pozwala mu zginać nogi tylko pod jednym określonym kątem, a każdy inny kąt wygięcia powoduje nieznośne bóle w kolanach. Zwykłe krzesła, stojące na podłodze, były za niskie do stołów kreślarskich, nasze kręcone krzesła, odpowiednio wysokie, siłą rzeczy zmieniały mu ów kąt w nogach, wobec czego położył na podłodze deskę kreślarską, na niej postawił zwykłe krzesło i tak siedział. Kąt miał, wysokość miał i wszystko byłoby dobrze, gdyby nie to, że deska pod stołem, prawie niewidoczna, ale za to wystająca, tworzyła coś w rodzaju niskiego stopnia, o który się każdy potykał. Z szalonym zaciekawieniem przyglądaliśmy się teraz, czy panu w cywilu uda się uniknąć tej pułapki, czy nie. Otrząsnąwszy się z wrażenia wywołanego arcydziełem Leszka, nie spodziewając się zapewne już niczego gorszego podszedł do Janusza i zatrzymał się przy jego stole. - To pan znalazł zwłoki? - pytał. Janusz trwający dotąd w niezmienionej, dramatycznej pozycji, podniósł głowę i rozejrzał się błędnie wokoło. - Nie ma pan papierosa? - spytał. Wyglądało na to, że treść słów przedstawiciela władzy jeszcze do niego nie dotarła. Przedstawiciel władzy westchnął ciężko, wyjął papierosy i obaj zapalili. - Pan się o coś pytał? - ocknął się nagle Janusz. .
- coś dużego, dość miękkiego. Strąciłem to z siebie. Był .